Rzuciłem mięso. Ot, na dwa dni – na próbę. Dziś, czyli… dwa lata później, zdradzam, jak to się stało, czy było trudne, co warto wiedzieć i dlaczego życie bez mięcha jest bardziej seksi, niż sądziłem. 


Nie jestem wege!

Nie lubię określeń „wegetarianin” tak samo jak „ateista” czy „abstynent”. Wszystko to słowa, próbujące określić kogoś przez pryzmat tego, czego nie robi. Równie dobrze mógłbyś nazywać mnie nie-bibliotekarzem, nie-górnikiem albo nie-biegaczem.

Zresztą, od zawsze byłem (i mentalnie wciąż jestem) pełnokrwistym mięsożercą. Ociekająca tłuszczem kiełbasa z ogniska, zmysłowy schaboszczak czy choćby pierogi z mięsem – nigdy nie trzeba mi było wiele więcej do gastroorgazmu. Oczywiście, zawsze lubiłem eksperymenty kulinarne (stąd m.in. liczne podróże po świecie w poszukiwaniu nowych smaków), ale do szczęścia wystarczyło naprawdę niewiele.

A sałatki, tofu, kasze i zboża albo owoce? No, może nie były dla mnie całkiem „fuj!”, ale zawsze, ale to zawsze trochę współczułem trawożercom, że ucieka im tyle fajnych i konkretnych smaków. I że – jak to ktoś kiedyś ładnie określił – nazwa „wegetarianin” pochodzi od „wegetacji”, jaką sam sobie zgotował…

Dlatego jako że nie lubię wegetacji, a smak mięsa zawsze pozostanie miłym wspomnieniem, nazywając się dzisiaj „wegetarianinem”, musiałbym skłamać. Ja po prostu nie jem mięsa. Tyle.

 

„Dutko, no więc po co…?”

Mimo powyższego, od dawna zbierałem się, by spróbować, czy da się żyć  bez jedzenia mięsa. Dlaczego? Ot, z ciekawości, aby przekonać się, czy bezmięsnaki faktycznie mają tak smutne życie, jak sądziłem. Ale nie bez znaczenia było kilka innych argumentów:

  • Zwierzaki. Od zawsze fascynowało mnie życie innych stworzeń – każda mrówka, pająk czy psiak to dla mnie po prostu istota, która ma takie samo prawo żyć, jak ja (nie widzę powodów, aby uważać, że z jakiegoś powodu moje prawo jest większe). Uległem więc myśli, że może jednak nie musimy zjadać się wzajemnie.
  • Ekologia. Produkcja mięsa wciąż jest niepomiernie droższa i obciążająca dla planety niż uprawa i przetwórstwo roślin. Jasne: żyjemy w tzw. pierwszym świecie, gdzie tej różnicy nie czujemy – wszak sięgnąć w Tesco czy w innym Lidlu po paczkę mięsa i po paczkę produktów roślinnych jest tak samo łatwo, a i cena obu nie zawsze wyraźnie się różni. Jednak jeśli spojrzymy szerzej, za produkcję mięsa płacimy znacznie wyższą cenę (i bynajmniej nie mówię o pieniądzach).
  • Logika i wolny wybór. To miał być prosty, osobisty eksperyment – bez żadnych większych aspiracji (wręcz nastawiłem się, że się nie uda), bez nacisków innych „bezmięsnych”, ale też z pełną świadomością, a jednocześnie odpornością na rosnącą modę „wege”. Po prostu sam przed sobą zdecydowałem, że skoro mogę spróbować, to czemu nie.
  • Pomoc innych bezmięsnych. Motywacji pomogło też to, że od lat poznaję coraz więcej osób, które nie jedzą mięsa, a żyją! Wielu z nich (Magda, Dominika, Katarzyna – Wam szczególnie dziękuję!) uświadomiło mi dodatkowo, że świat smaków jest nieco bardziej bogaty, niż podpowiadają nam utarte gastroschematy. Kiedy więc raz, drugi i dziesiąty spróbowałem a to naprawdę zmysłowo przygotowanego paneer masala (pyszny ser w indyjskiej aranżacji), a to smalcu z fasoli, a to dobrze przyrządzonego tofu (w odróżnieniu od bezpłciowych „tofu-gąbek” z marketu), a to mądrze połączonych i podanych warzyw, uświadomiłem sobie, że to jednak ja ze swoim schabowym i naszpikowaną solą kiełbasą byłem jednak niezwykle ograniczony smakowo.

 

Odrzucić presję!

W swoim krótkim życiu zauważyłem, że nic tak nie zniechęca do zmian, jak presja. W przypadku mięsożerstwa, odczuwałem dwie:

  • Wielu moich mięsożernych kolegów (ze mną włącznie, zresztą…) od zawsze darło łacha z trybu wege. Że to dla dziewczyn, że pedalskie, że twardziel musi zjeść dzika czy słonia, że zagryzanie wódki – tofu jest ble! (ekhm…) Ale też że białko, że żelazo i takie tam. Czyli klasyczna kuchnia polska, bez której to ani bigosu, ani świątecznej atmosfery, ani podkładu pod alko…
  • Ale i nagonka z drugiej strony niekiedy dawała się odczuć: próba wbijania w poczucie winy, że się zjada świnkę czy krówkę, że to niezdrowe, że miażdżyca, że tłuszcze odzwięrzęce i tak dalej.

Oczywiście, argumenty zawsze warto rozważyć. Ale dopiero, kiedy uznałem, że olewam jednych i drugich, odrzucam nastawienia, otwieram umysł i po prostu spróbuję – bez żadnych celów, bez sztucznych motywacji czy publicznych deklaracji – okazało się, jakie to łatwe.

 

Dwa typy bezmięsniaków 

Przy czym na początku warto było sobie odpowiedzieć szczerze na pytanie: Czy naprawdę jestem urodzonym roślinojadem i czy na zawsze chcę rzucić mięso? Moja odpowiedź brzmiała: „2 x nie!”.

Dlatego aby uniknąć rozczarowania, ale też ulegania mitom, presjom i modom, na początku warto określić sobie, jakim gastrotypem jesteś:

  1. takim, któremu zawsze łatwo „wchodziły” sałatki i inne trawy, a od mięsa – raczej odrzucało (wtedy przejście na tryb wege raczej nie będzie wielką sztuką),
  2. czy może takim jak ja – który zawsze lubił kotlety, kiełbasy i inne mięsiwa, a sałata czy inna marchewka sprawiała frajdę dopiero gdy można było podkarmić nimi zaprzyjaźnionego królika.

(O grupach krwi nie będę się wypowiadał, bo wiedzę w tym zakresie mam bliską zera; ale i tym aspektem warto się zainteresować, bo coraz więcej badań sugeruje, że może być ona nieobojętna dla naszych preferencji smakowych).

Uwaga: określenie swojego wegetypu będzie ważne z jeszcze jednego powodu. Otóż z ciekawością zauważyłem, że naturalni weganie nie przepadają za „imitacjami” mięsa – wszelkie sojowe „kotlety a la schabowe”, sojowe „parówki”, białkowe „żeberka” czy bezmięsne „szynki” raczej ich brzydzą niż cieszą. Odwrotnie niż u nas, przechrzczonych mięsożerców, dla których to właśnie tego rodzaju zamienniki przypominające wyglądem, smakiem, konsystencją i nazwą wyroby mięsne, stają się bardzo pomocnym mostem, ułatwiającym przejście na bezmięsną stronę mocy.

 

Wegetarianin czy weganin?

To dość kluczowe rozróżnienie. Jeśli by podjąć próbę zaszufladkowania: wegetarianie – nie jedzą mięsa, ale nie gardzą serami, jajkami czy mlekiem. Weganin natomiast z zasady unika wszystkiego, co pochodzi od zwierzaków, ma więc jeszcze bardziej ograniczony wybór spośród powszechnie dostępnych produktów, musi się wykazać większą kreatywnością, ale też lepszym uzupełnianiem składników, których w dietach standardowych dostarczają właśnie albo mięsa, albo nabiał.

O weganizmie jednak wypowiadać się nie będę, ponieważ jeszcze mi do niego daleko – na razie, jako seroholik, nie wyobrażam sobie życia bez wyrobów mlecznych. Choć – kto wie – może za kolejne dwa lata bezmleczne „sery”, których miałem już okazję spróbować, pozwolą mi wyłączyć również produkty mleczne z taką łatwością, jak udało się to z mięsem.

 

„Zrób to!”? Nie. Po prostu „spróbuj”. 

Próba życia bez mięsa miała trwać dwa dni. Tymczasem po dwóch tygodniach uświadomiłem sobie, że spodziewanego „głodu z odstawienia” nie ma ani śladu! Po dwóch miesiącach nie wierzyłem, że bez parówek i szynek da się żyć. Po dwóch latach bez ani kawałka mięsa uznałem, że warto podzielić się tym doświadczeniem ze światem – z nadzieją, że jest tam gdzieś więcej takich Maćków, którzy chcieliby spróbować, ale są przekonani, że to się nie uda.

Wszyscy mądrzy dookoła mówią przecież: „Nie próbuj, tylko zrób!”. Tymczasem okazało się, że trzeba właśnie odwrotnie: spróbować bez żadnych zobowiązań, deklaracji czy zakładów. Na luzie. Po prostu. I wiedząc, że w każdej chwili, bez wstydu czy smutku, można się cofnąć.

 

Dziś łatwiej niż kiedykolwiek wcześniej

Jeszcze 10-15 lat temu tak zwani wegetarianie mieli przechlapane. „O, a co to, mięsko w zęby kuje?”; „Dziecko, to co ty jesz?”; „Ojej, to przecież zapadniesz na anemię!”; „Ale przecież parówka to nie mięso – spróbuj!”.

Oprócz kretyńskich komentarzy „ciotków” i „wujek”, dochodziła też niepomiernie biedniejsza niż dziś dostępność dań bezmięsnych. Jasne: owoce, warzywa, kasze, zboża – to było zawsze; ale na myśli mam dania quasi-mięsne, które mogłyby stanowić właśnie taki psychiczny substytut mięsa dla osób, które po prostu lubią jego smak. Oprócz kotletów sojowych i pierwszych, tekturowych w smaku sojowych parówek, w zasadzie próżno było szukać takich sensownych zamienników. Zapewne dlatego tak długo zajęło mi podjęcie próby rzucenia mięsa…

Tymczasem dziś świat jest pełen smacznych alternatyw. W każdym Kauflandzie, Lidlu czy Biedronce możemy wybierać w dziesiątkach „bezmięsnych mięs”. Ba! Już nawet wielcy producenci z branży mięsnej widząc postępującą utratę sporej części rynku, zaczęli poszerzać swoją ofertę o wyroby mięsnopodobne (które – wbrew temu mało seksownemu określeniu – są już naprawdę całkiem zmysłowe).

Kolejnym znakiem czasu jest fakt, że już nawet w najpopularniejszej szwedzkiej sieci restauracji, w których przy okazji można też kupić regał na książki, zamówić możemy hot-doga w wersji wege. A i na niegdysiejszych CePeeN-ach upolujemy całkiem smaczne wegeburgery. Choć… jeśli przypomnę sobie pierwsze wegedogi w Ikei czy na Orlenie zaledwie parę lat temu, nieodparcie przychodzi mi na myśl smak zmielonej i doprawionej solą tektury z pustych kartonów. Dziś jednak jest już tak dobrze, że kilkukrotnie – nie wierząc własnym kieliszkom smakowym – musiałem upewniać się u obsługi, czy na pewno dostałem bezmięsne…;).

Nie mówiąc o coraz szerszym rynku kateringów dietetycznych! Kiedy w 2010 roku testowałem pierwszą bodaj tego rodzaju firmę we Wrocławiu (Sztuka Jedzenia), jeszcze byłem mięsołakiem, niespecjalnie więc przyglądałem się ich wariantom wege. W ostatnich dwóch latach przetestowałem jednak kolejnych 7 czy 8 firm, ale już stricte pod kątem dań bezmięsnych.

I co? I jestem ZA-CHWY-CO-NY! Abstrahując od innych gastrokaprysów (obrzydzenie do cebuli, czosnku czy szczypiorku), każda z tych firm na swój sposób chwyciła mnie za serce umiejętnością przygotowania naprawdę smacznych i seksownych smakowo potraw bez mięsa.

fot. www.facebook.com/ntfypl

Popularność kateringów dietetycznych podbija oczywiście też ich atrakcyjność: szybkość i łatwość oraz różnorodność smaków, bez konieczności biegania po sklepach, wymyślania dań i stania przy kuchence.

Wtrącenie komercyjne: a którą z firm kateringowych polecam? Szczerze: praktycznie każdą, z której korzystałem – każda bowiem robi świetną robotę. Obecnie korzystam jednak z kateringu Nice To Fit You, który chwycił mnie za serce najpierw kapitalną nazwą (uwielbiam zabawy językiem;), ale też ma chyba najwygodniejszy z dotychczas testowanych panel pozwalający łatwo komponować posiłki oraz elastycznie modyfikować kalendarz dostaw.

Kliknij w logo lub podaj kod rabatowy „dut159420”, a dostaniesz 5% zniżki na katering. A i ja otrzymam drobny bonus od firmy:).

 

A jak jest na świecie, wege-Dutkoniu?

To ważne pytanie. Jako osobnik dużo podróżujący, zauważyłem, że w wielu krajach bezmięsnym wciąż nie jest łatwo. Mówię zwłaszcza o mniejszych miastach Afryki czy Azji, w których mięso jest podstawą kuchni – tam nie upolujemy w lokalnej „Żabce” wymyślnych wegeplastrów czy wegesmalcu, a nasze pytania o „coś bez mięsa” zaowocują miską pomidorów i ogórków. Lub – nomen omen – owoców (a przecież nie każdy z nas jest Stiwem Dżobsem).

Ale skoro i w lokalnym wiejskim sklepiku w maleńkiej wiosce w centralnej Mongolii czy w budzie z jadłem w bardzo mięsnym Kirgistanie i mnie udało się upolować „coś” do jedzenia bez konieczności pożerania lokalnych kóz, znak to, że nie jest tak źle. Zwłaszcza, jeśli jesteś tylko „bezmięsny”, a nie całkowicie „bezzwierzęcy” – weganie, czyli osoby wykluczające jakiekolwiek produkty zwierzęce (w tym – nabiał), muszą jednak wykazać się większą kreatywnością. I siłą charakteru.

 

Czy tęsknię za mięchem?

Tęsknić można za Wodospadami Wiktorii, gdy się je raz zobaczyło, za drogą osobą albo – z rzeczy bardziej przyziemnych – za malowniczym domkiem w górach. Mięso zdecydowanie nie jest tym, z czym wiąże się słowo „tęsknota”;).

Co nie zmienia faktu, że czasami zapach czy widok pięknego, złocistego schaboszczaka albo ociekającego tłuszczem mielonego, faktycznie przyprawia mnie o migotanie ślinianek i nagły wyrzut pożądania do mózgu.

I wiecie, co wtedy pomaga? Nie, bynajmniej: nie odwrócenie wzroku czy ucieczka z miejsca rażenia kuszących zapachów. Odwrotnie: podejście bliżej, powąchanie i uświadomienie sobie, że wcale nie trzeba przed niczym ani do niczego uciekać, a tylko wystarczy pozwolić owym smakom i zapachom bezproblemowo przetoczyć się przez nasz umysł. Taki gastrozen:).

 

Ech, to miał być krótki i spontaniczny tekst, ale rozpisałem się. Podsumowując:

 

Jakie rady dla chętnych doświadczyć bezmięsnego życia? 

  1. Po prostu spróbuj: bez zobowiązań czy podpisywania deklaracji u notariusza. Zobacz, czy dasz radę przez dzień, trzy albo tydzień. Jeśli nie, nie męcz się. Znam wiele osób, które wróciły z drogi wege, być może sam kiedyś do nich dołączę. Największa frajda i lekkość to świadomość, że nic na siłę.
  2. Określ, jakim typem jesteś. Jeśli urodzonym mięsożercą (wtedy pewnie polubisz wszelkie wegezamienniki, a liść sałaty niech sobie pozostanie dalej wrogiem publicznym numer 1); jeśli zaś Twoja natura od zawsze odrzucała Cię od mięsa – decyzja o bezmięsnym życiu będzie jeszcze łatwiejsza.
  3. Uświadom sobie, że to przyprawy robią robotę! Jeśli zjadłbyś kotleta czy kebaba bez przypraw, zdziwisz się, jak bardzo mięso jest bezsmakowe – atrakcyjnym czynią go dopiero sól, tłuszcz, panierka, rozmaite marynaty itd. To w nich jest smak – dlatego dobrze przyprawiony kotlet z selera czy choćby szparag smażony na maśle z odrobiną soli na łeb pobić mogą przeciętnego schabowego.
  4. Sięgnij po inne kuchnie. Dziś nie musisz jechać do Indii czy Tajlandii, aby doświadczyć pysznego paneera czy pad thaia w wariancie tofu, a wierz mi, że wiele nowych smaków świata może uwieść i z powodzeniem zastąpić klasyczne polskie mięsne smaki.
  5. Najważniejsze: nie oceniaj i nie wartościuj ani mięsożerców, ani wegetarian czy wegan – nie tędy droga. Jeśli chcesz, by mniej zwierzaków cierpiało, tylko Ty sam możesz to zmienić, nie dokuczaj innym. Wszak w odwecie na odczepnego usłyszysz, że przecież rośliny też czują i cierpią;).

 

Prośba: jeśli uważasz, że ten dość spontaniczny tekst może się przydać komuś z Twoich bliskich, udostępnij go na swoim FejsBogu albo na innym Ćwierkaczu. A jeżeli pomógł on Tobie podjąć decyzję i spróbować życia bez mięsa, daj koniecznie znać w komentarzu, jak Ci idzie: czy było trudno, ile już dni jesteś trawołakiem;) i czy zapowiada się, że pozostaniesz wege, czy jednak pokusa mięsa wygrywa – jestem cholernie ciekaw. Dzięki!

Maciej Dutko

PS Tak, wiem: blog nazywa się Akademia Internetu… Ale – jeśli zaglądasz tu nie po raz pierwszy – może zauważyłeś, że jego charakter zmienił się nieco;).

1 komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • Szczerze powiem, że nigdy nawet o tym nie myślałem, żeby z mięsa zrezygnować. Ale kto wie, kto wie… wpis daje do myślenia 😉
    Ze swojej strony gratuluję, zarówno próby jak i trwania w postanowieniu 🙂

Maciej Dutko

Maciej Dutko

przedsiębiorca, Certyfikowany Wykładowca Allegro, autor kilkunastu książek, w tym bestsellerów „Targuj się! Zen negocjacji”, „Efekt tygrysa”, „E-biznes. Poradnik praktyka”. Pomysłodawca i współautor kultowej „Biblii e-biznesu” – najważniejszej książki w branży e-commerce w Polsce.

Moje książki i szkolenia

Oscar Czytelników dla „Biblii e-biznesu 2”!

Najlepsza Książka Roku
oraz nr 1 w kategorii "Biznes IT" Biblia e-biznesu 2

Popraw się i sprzedawaj skuteczniej!

Audyt ofert Allegro i stron WWW:


Usługi edytorskie:

Korzystam i polecam

  • Hosting i domeny od lat mam w Domeny.tv – kocham ich za indywidualne podejście i pomoc zawsze, kiedy jej potrzebuję (czego nie dały mi ani Nazwa.pl, ani OVH, ani Home.pl)
  • Dużo podróżuję. Noclegi zamawiam zwykle przez Agoda.com – cenię olbrzymi wybór i szybki proces rezerwowania.
  • Jeśli nie hotele, to Airbnb – to genialna alternatywa, zwłaszcza na wyjazdy z przyjaciółmi, kiedy chcemy zamieszkać w jednym miejscu. I w sensownych cenach!
  • Często wyjeżdżam za granicę. Dzięki karcie Revolut skończył się koszmar biegania po kantorach i wymieniania walut – wszędzie płacę jedną kartą bez absurdalnych różnic kursowych.
  • Wysyłamy sporo przesyłek kurierskich. A wszystkie przez wygodny serwis Furgonetka.pl.
  • Aby nie mieć wielu kart płatniczych w portfelu, wszystkie noszę w jednej – Curve to wygodna i rewolucyjna „wielokarta”.
  • Jeśli dobre i praktyczne książki, to tylko w moim ukochanym Helionie!
  • Z taksówek korzystam rzadko, ale jeśli już – wybieram Ubera lub Bolta, bo uwielbiam ich wygodne i funkcjonalne aplikacje.
  • Jeszcze bardziej lubię elektryczne auta na minuty. Dlatego często wypożyczam Vozillę.

Rekomenduję tylko to, co sam lubię i z czego korzystam. Jeśli i Ty skorzystasz z moich rekomendacji, otrzymam drobną prowizję od firm, które polecam. A więc wygrywamy wszyscy i promujemy dobre i innowacyjne biznesy. Dzięki!

Szkolenie E-biznes do Kwadratu
Kultowe szkolenie dla e-sprzedawców "E-biznes do Kwadratu"
[dodaj do koszyka, wpisz kod "300" i zobacz, co się stanie!]
• 18,5 godzin wideo,
• 33 proste techniki na zwiększenie sprzedaży,
• 42 przystępne moduły tematyczne,
• 286 konkretnych wytycznych,
• 792 pouczające kejsy,
• ponad 1300 audytów ofert e-sprzedażowych,
• nawet 100-krotne wzrosty sprzedaży!
• 10 tys. przeszkolonych e-sprzedawców!
nieruchomości - najlepsze książki