• Akademia Internetu
  • Negocjuj skutecznie w każdej sytuacji!
  • Personal branding dla początkujących (i nie tylko)
  • Szkolenia
  • Maciej Dutko
  • Słownik Dutkonia
  • Kontakt
  • Reklama na AI
  • Sklep
  • Biblioteka E-Biznesu
  • ^

    O nienawiści do telefonów wywiad

    Wiktor, autor bloga „o relacjach, perswazji i szczęściu”, zadał mi kilka pytań natury egzystencjalnej: kim jestem, skąd się wziąłem i… dlaczego nienawidzę telefonów:). Przeczytaj, jeśli chcesz.

    dutko2

    Wik­tor Jodłow­ski (WJ): Gdy­bym zapy­tał Cię — “kim jesteś?” — to jak ­byś odpowiedział?

    Maciej Dutko (MD): Odpo­wie­dział­bym, że jestem czło­wie­kiem zasko­czo­nym. :) Zasko­czo­nym takim pyta­niem. Dziś, w świe­cie pędzą­cego i kon­sump­cyj­nego „ja”, rzadko spo­tyka się bowiem ludzi, któ­rzy zaglą­dają w Twoje oczy i pytają, kto jest tam, w głębi. :) No ale ok, spró­buję odpowiedzieć:

    • Jestem szczę­śli­wym wła­ści­cie­lem Ciapy (psiak) – naj­bar­dziej pozy­tyw­nej istoty na świe­cie, która każ­dego dnia daje mi kil­ka­na­ście kilo­gra­mów czy­stej miło­ści i rado­ści ;)
    • Jestem przed­się­biorcą bory­ka­ją­cym się z bar­dzo typo­wym pro­ble­mem zbyt szyb­kiego roz­woju wła­snego biz­nesu, któ­rego nie umiem jesz­cze dobrze przeskalować.
    • Jestem też osobą nie­po­tra­fiącą (a może nie­chcącą) foku­so­wać się na jed­nym celu, pla­no­wać życia, liczyć budżetu domo­wego i wsta­wać wcze­śnie rano – czyli tego wszyst­kiego, co – jak mówią „mądre” bada­nia – jest nie­zbędne dla tzw. czło­wieka suk­cesu :)
    • Jestem pół­e­me­ry­tem, który w wieku 30 lat już wie­dział, że nie musi niczego, ale za to wszystko może. I który w wieku 35 lat tylko się w tym prze­ko­na­niu utwierdza.
    •  Jestem…

     …ale czy to naprawdę ważne kim jestem? Dla Czy­tel­ni­ków cie­kaw­sze będzie chyba to, co robię ;)

    WJ: A czym się zaj­mu­jesz na codzień? W czym jesteś dobry?

    MD: O wła­śnie – to lep­sze pyta­nie! Moje życie to… popra­wia­nie świata. Wiem, wiem – zaraz usły­szę sen­ten­cję, według któ­rej poprawę świata należy zaczy­nać od sie­bie. To też sta­ram się robić.

    Od zawsze mia­łem jed­nak ten­den­cję do dostrze­ga­nia błę­dów sys­te­mo­wych we wszyst­kim, co mnie ota­czało. Za dzie­ciaka nie trak­to­wano moich uwag czy suge­stii popra­wek poważ­nie, ale już kilka lat póź­niej odczu­łem, że mogę wpły­wać na rze­czy­wi­stość, zmie­nia­jąc ją na lepsze.

    Zaczęło się od wyła­py­wa­nia błę­dów języ­ko­wych w książ­kach – i tak jesz­cze w 1996 roku roz­po­czą­łem coś, czemu póź­niej nada­łem szyld Korekto.pl, a co dziś jest w mojej oce­nie naj­lep­szą (a przy­naj­mniej jedną z naj­lep­szych) firmą edy­tor­ską w Pol­sce. Z kolei w 2007 r. mia­łem dosyć fatal­nej jako­ści ofert sprze­daw­ców han­dlu­ją­cych na Alle­gro, zaczą­łem więc świad­czyć usługi ich audy­to­wa­nia – od tam­tej pory prze­pro­wa­dzi­łem ponad 1100 audy­tów ofert sprze­da­żo­wych, a moje Audite.pl jest w zasa­dzie pierw­szą i naj­bar­dziej doświad­czoną firmą zaj­mu­jącą się opty­ma­li­za­cją ofert sprzedażowych.

    Aby dotrzeć z pomocą i spraw­dzo­nymi roz­wią­za­niami do mak­sy­mal­nie dużej grupy odbior­ców z cza­sem zaczą­łem pro­wa­dzić też szko­le­nia dla e-sprzedawców; wielu z nich udało się osią­gnąć spek­ta­ku­larne i impo­nu­jące suk­cesy (wła­śnie dzięki wyeli­mi­no­wa­niu wska­za­nych im błę­dów i opty­ma­li­za­cji poszcze­gól­nych pro­ce­sów). Dodat­ko­wym narzę­dziem maso­wego pro­mo­wa­nia dobrych prak­tyk stało się dla mnie pisa­nie ksią­żek – głów­nie porad­ni­ków e-biznesowych, z któ­rych każdy dostar­cza spraw­dzone metody zwięk­sza­nia efektywności.

    WJ: Jak tra­fi­łeś tu, gdzie jesteś teraz w życiu? Tak w skró­cie. :)

    MD: Może Cię zasko­czę, ale udało mi się to, ponie­waż kon­se­kwent­nie sto­so­wa­łem trzy święte dla mnie słowa: „leni­stwo”, „ego­izm” i „współ­czu­cie”. Aby to dobrze zro­zu­mieć, trzeba ode­rwać się od pospo­li­tego rozu­mie­nia każ­dego z tych wyra­zów i pojąć ich głę­bię.

    I tak:

    Leni­stwo – bo zawsze moty­wo­wało mnie do więk­szej efek­tyw­no­ści. Już jako dzie­ciak zauwa­ży­łem, że jeśli będę odwle­kał odro­bie­nie lek­cji do wie­czoru, to przez cały dzień będzie mi to cią­żyło. Robie­nie cze­goś od razu, postrze­gane przez wielu jako nie­zwy­kła pra­co­wi­tość, było i jest dla mnie logicz­nym skut­kiem leni­stwa, ponie­waż pozwala mieć wię­cej czasu po wyko­na­niu zada­nia. Poza tym z leni­stwa wyni­kała moja ten­den­cja do kre­atyw­no­ści i inno­wa­cji – zawsze sta­ra­łem się uspraw­niać poszcze­gólne pro­cesy tak, aby zaj­mo­wały mniej czasu, pochła­niały mniej kosz­tów, a zara­zem dawały lep­sze efekty.

    Ego­izm – bo zawsze uwa­ża­łem, że dostanę to, co daję. A że nie lubię dosta­wać zła, w życiu sta­ram się dawać dobro. Tu pew­nie wię­cej do powie­dze­nia miałby Kant ze swoim impe­ra­ty­wem kate­go­rycz­nym, ale rów­nie dobrze zasto­so­wa­nie ma odwró­ce­nie pospo­li­tego porze­ka­dła: czyń innym to, co i Tobie miłe.

    Współ­czu­cie – bo żyjąc w ludz­kim mro­wi­sku, jakim jest spo­łe­czeń­stwo, jeśli umiemy czuć tylko sie­bie, swoje „ja”, swoje pro­blemy i swoje potrzeby, bar­dzo szybko możemy wyja­ło­wieć wewnętrz­nie, duchowo… Współ­od­czu­wa­jąc innych ludzi (czy to bli­skich, czy klien­tów) jeste­śmy w sta­nie stwa­rzać dla nich praw­dziwą, a nie tylko „nadmu­chi­waną” war­tość. Jest to szcze­gól­nie widoczne w biz­ne­sie: pod­czas gdy więk­szość przed­się­bior­ców chce dziś po pro­stu „sprze­dać”, bez pozna­wa­nia fak­tycz­nych potrzeb i pro­ble­mów klien­tów, mało kto jest w sta­nie chcieć zro­zu­mieć klienta, wczuć się w jego potrzeby i tym lepiej na nie odpo­wie­dzieć. A ten, kto to potrafi, wygrywa… bez żad­nej spe­cjal­nej rywalizacji.

    WJ: Wiem, że gene­ral­nie nie­chęt­nie dzie­lisz się swoim nume­rem tele­fonu i wolisz pro­wa­dzić komu­ni­ka­cję przez inter­net (FB, mail itd.). Dlaczego?

    MD: Szcze­rze? Głów­nie z trzech powodów:

    Po pierw­sze, tele­fon w 9,5 na 10 przy­pad­ków dzwoni wtedy, kiedy nie mogę lub po pro­stu nie chcę z nikim roz­ma­wiać. Bo pro­wa­dzę wła­śnie szko­le­nie. Bo jestem za kie­row­nicą samo­chodu. Bo odpi­suję wła­śnie na waż­nego e-maila. Bo jestem w trak­cie audytu albo kon­sul­ta­cji biz­ne­so­wych, które wyma­gają sku­pie­nia. Bo piszę kolejną książkę i każdy tele­fon wymu­sza prze­rwę w tym pro­ce­sie, burząc wenę, która może już nie wró­cić. I tak dalej.

    Po dru­gie, nie lubię podej­mo­wać waż­nych decy­zji biz­ne­so­wych syn­chro­nicz­nie (od razu, w trak­cie roz­mowy), wolę dia­chro­nicz­nie (mieć czas do namy­słu, roz­wa­żyć „za” i „prze­ciwy”, zapy­tać o radę kogoś bli­skiego). Roz­mowy tele­fo­niczne czę­sto skut­kują koniecz­no­ścią szyb­kich wybo­rów, a ja już zbyt wiele razy w życiu popeł­ni­łem błąd szyb­kiego wyboru, aby popeł­niać go ponow­nie. ;)

    Po trze­cie, w celach stra­te­gicz­nych. Zauwa­ży­łem, że to, co napi­sane (choćby w for­mie mailo­wej) jest święte, a to co powie­dziane – ulotne. Sam w natłoku spraw czę­sto zapo­mi­nam o wielu wła­snych sło­wach czy zada­niach do wyko­na­nia, dla­tego w komu­ni­ka­cji pre­fe­ruję e-mail, do któ­rego zawsze można się­gnąć i spraw­dzić, jakie szcze­góły usta­lono z klien­tem, pra­cow­ni­kiem czy part­ne­rem biz­ne­so­wym. Tylko w ciągu ostat­niego roku moja zasada „zero tele­fo­nów, 100% e-maili” ura­to­wała mnie przed kil­koma nie­rze­tel­nymi kon­tra­hen­tami, któ­rzy pró­bo­wali prze­ko­nać mnie, że usta­la­li­śmy inne zasady, niż mi się wyda­wało. Jeden rzut oka w e-mail wystar­czył, by wie­dzieć, kto ma rację, a kto z owymi usta­le­niami się rozminął.

    Z tych wła­śnie powo­dów na wizy­tów­kach, papie­rze fir­mo­wym czy stro­nach WWW nie znaj­dziesz do mnie tele­fonu, a nawet jeśli go masz, a zechcesz poga­dać o biz­ne­sie – to z przy­jem­no­ścią z Tobą poroz­ma­wiam, ale i tak popro­szę o e-mailowe pod­su­mo­wa­nie i potwier­dze­nie wszyst­kich ust­nych usta­leń. :)

    Oczy­wi­ście brak numeru tele­fonu na stro­nie WWW kosz­tuje mnie utratę czę­ści klien­tów; nie­kiedy nawet otrzy­muję od nich pełne gniewu e-maile z żąda­niem poda­nia numeru „bo ina­czej pójdą do kon­ku­ren­cji”. Jest to jed­nak koszt, któ­rego jestem świa­dom – z pokorą w takich sytu­acjach dzię­kuję za opi­nię i życzę owoc­nej współ­pracy z kon­ku­ren­cją; klienci odcho­dzą, nie rozu­mie­jąc mojej postawy, no ale prze­cież nikt nie obie­cy­wał im, że wszystko na świe­cie uda im się zro­zu­mieć. ;)

    WJ: Pro­wa­dzisz swoje biz­nesy na skalę mię­dzy­na­ro­dową, m.in. w Anglii, więc masz pogląd na co naj­mniej dwie różne kul­tury pracy, przed­się­bior­czo­ści i życia. Dla­tego chciał­bym wie­dzieć, co sądzisz o emi­gra­cji mło­dych ludzi? Jakie są Twoje obser­wa­cje? Warto, nie warto? Jeśli tak, to dla­czego? Jeśli nie, to też dlaczego?

    MD: Wik­tor, oba­wiam się, że jest to pyta­nie na odrębny i obszerny wywiad, dla­tego naj­chęt­niej wymi­gam się od odpo­wie­dzi ;). Musiał­bym bowiem odpo­wia­dać albo bar­dzo długo (a to spo­wo­duje, że Czy­tel­nicy usną…), albo krótko i powierz­chow­nie (a temat emi­gra­cji, zwłasz­cza biz­ne­so­wej, jest pro­ble­mem na tyle głę­bo­kim i wie­lo­war­stwo­wym, że powierz­chowne podej­ście dałoby nie­pełny, a może nawet wypa­czony obraz).

    Powiem więc może tylko dość ogól­ni­kowo, że fak­tycz­nie – mia­łem oka­zję widzieć, jak się robi biz­nes w Kana­dzie, jak w USA, w Wiel­kiej Bry­ta­nii, w Zambii czy w Taj­lan­dii – i jedno jest pewne: każdy z tych sys­te­mów, oprócz oczy­wi­stych minu­sów, ma całą masę zalet, które mogą przy­cią­gać mło­dych Pola­ków. Zwłasz­cza dziś, kiedy od kilku lat nasz kraj jest gra­biony eko­no­micz­nie przez klikę rzą­dzą­cych przy kory­cie „pro­siacz­ków”, które najeść się nie mogą, ale sku­tecz­nie uprzy­krzają pro­wa­dze­nie uczci­wych biz­ne­sów przedsiębiorcom.

    Im gor­sze warunki (głów­nie admi­ni­stra­cyjne) w naszym kraju, tym więk­sza fascy­na­cja innymi pań­stwami. Dla­tego wła­śnie rok temu zde­cy­do­wa­łem się prze­nieść swój biz­nes do Anglii (część osób pew­nie koja­rzy mój pro­jekt „Wolny od ZUS”).

    WJ: Czy­ta­łem w Two­jej książce, że napi­sa­łeś dok­to­rat. Czy możesz powie­dzieć wię­cej na jego temat?

    MD: Stare dzieje – w 2008 r. bro­ni­łem roz­prawę z zakresu typo­gra­fii i funk­cjo­nal­no­ści stron WWW. Czyli o tym, co jest dobre, a co złe w witry­nach inter­ne­to­wych – mówiąc w skró­cie. Praca była dość inno­wa­cyjna i ciężko było mi prze­ko­nać wła­dze uczelni do tego tematu, ponie­waż był pro­blem ze zna­le­zie­niem pro­mo­to­rów, któ­rzy wie­dzie­liby w tym zakre­sie wię­cej niż ja; ale w końcu dopią­łem swego.

    Temat dok­to­ratu jest cie­kawy rów­nież dla­tego, że zdo­byte wów­czas doświad­cze­nia dziś wyko­rzy­stuję w prak­tyce, pro­wa­dząc audyty stron WWW i ofert sprze­da­żo­wych. Dzięki temu szybko udało mi się zbu­do­wać markę eks­perta, który potrafi popra­wić ofertę na Alle­gro tak, że w parę dni jest ona w sta­nie gene­ro­wać obroty od kil­ku­dzie­się­ciu do kil­ku­set pro­cent wyż­sze niż przed poprawą. Ktoś nawet okre­ślił mnie nie­dawno „Dok­to­rem – Ofer­cia­rzem” (acz nazwa ta wydaje mi się dość nie­mar­ke­tin­gowa :) ).

    WJ: Wspo­mi­na­łeś też o nie­stan­dar­do­wej opcji zara­bia­nia na raz napi­sa­nej pracy nauko­wej. Czy chciał­byś roz­wi­nąć ten wątek?

    Skoro ktoś wło­żył czas, ener­gię i nerwy w stwo­rze­nie pracy licen­cjac­kiej czy magi­ster­skiej albo dok­tor­skiej, szkoda, aby roz­prawa taka wylą­do­wała po obro­nie wyłącz­nie w uczel­nia­nym archi­wum czy biblio­tece. Ozna­cza to bowiem dla niej śmierć, a dla jej autora – zapo­mnie­nie. A prze­cież mając np. gotową „magi­sterkę”, śmiało można zro­bić z niej e-booka albo nawet książkę i nie tylko zara­biać na jej sprze­daży, ale przede wszyst­kim wyko­rzy­stać do budo­wa­nia wła­snej marki eks­perta (no bo skoro napi­sa­łem pracę magi­ster­ską na dany temat, znak to, że muszę być w nim dobry, prawda?).

    O tym, jak stwo­rzyć e-booka albo wydać książkę, którą z dwóch głów­nych moż­li­wo­ści wybrać, jak sfi­nan­so­wać druk… nie wyda­jąc ani zło­tówki – piszę szcze­gó­łowo w „Efek­cie tygrysa” (www.efekttygrysa.pl).

    (wtrą­ce­nie WJ do Czy­tel­nika: TU możesz prze­czy­tać moją recen­zję książki Macieja)

     WJ: No i pyta­nie finalne — co zro­bisz z resztą tak pięk­nie roz­po­czę­tego dnia? :)

    MD: O kur­czę, toś mnie zła­pał… W chwili, w któ­rej piszę te słowa, jest już 2:53, więc mój plan na naj­bliż­sze kilka godzin, to przy­jąć pozy­cję hory­zon­talną i oddać się pod opiekę Mor­fe­usza ;)

    A jutro – kolejny dzień i kolejne wyzwa­nia. Przy­znam się w tym miej­scu do kolej­nej zasady, którą się kie­ruję: każ­dego dnia doświad­czyć przy­naj­mniej jed­nej nowej rze­czy; cza­sami jest to wyjazd do nowego kraju i zwie­dza­nie nowych miejsc, a cza­sami po pro­stu zamó­wie­nie pizzy o nowym, nie­zna­nym wcze­śniej smaku. Jaką nowość „zali­czę” jutro – czas pokaże. ;)

    WJ: Dzię­kuję za rozmowę!

    MD: Dzię­kuję!

    Źródło: www.wiktorjodlowski.pl (dostęp: 14.08.2014)

    Skomentuj wpis

    Subscribe to our newsletter

     

    Subscribe to our newsletter