• Akademia Internetu
  • Negocjuj skutecznie w każdej sytuacji!
  • Personal branding dla początkujących (i nie tylko)
  • Szkolenia
  • Maciej Dutko
  • Słownik Dutkonia
  • Kontakt
  • Reklama na AI
  • Sklep
  • Biblioteka E-Biznesu
  • ^

    Niska cena to… gangrena

    Przynajmniej kilka razy w miesiącu, przy okazji licznych szkoleń i rozmów z e-sprzedawcami, słyszę powtarzany w kółko mit: „W e-handlu klienta zdobywa ten, kto jest najtańszy”. Jeśli uwierzysz w ten nonsens – już po Tobie.

    Słuchaj wywiad (mp3, 11 MB)

    Słuchaj artykuł (WMA, 7,86 MB)

    Ustalmy fakty: cena towaru jest niewątpliwie jednym z elementów budowania przewagi konkurencyjnej. Dodajmy wszak: jednym z najgorszych. To narzędzie, które działa, ale jest to działanie absolutnie destruktywne, jeśli używa się go bezmyślnie tylko po to, by zawsze „być tańszym” od konkurencji.

    Bezsensowne licytowanie się o to, kto niżej zejdzie z ceny, prędzej czy później doprowadzić musi do zaburzenia zdrowego handlu, zarówno tego tradycyjnego, jak i z przedrostkiem „e-”. Wyobraźmy sobie taką oto modelową sytuację:

    Na lokalnym, małomiasteczkowym targowisku od lat działa trzech sprzedawców warzyw. Każdy oferuje klientom ogórki w zbliżonej cenie: sprzedawca „A” za 2,70, badylarz „B” za 2,80, a handlarz „C” za 2,90 zł. Przy czym każdy ma swoich klientów: pierwszy faktycznie przyciąga atrakcyjną ceną, drugi – niezwykłą przyjaznością obsługi i życzliwością wobec klientów, trzeci zaś – mimo że najdroższy – oferuje warzywa z upraw ekologicznych i chętnych mu nie brakuje.

    W pewnym momencie dwaj „drożsi” panowie postanawiają zagrać agresywnie, obniżając cenę do poziomu 2,65 zł. Najtańszy dotychczas rywal ma pozornie tylko dwie możliwości: albo trzymać się dotychczasowej stawki, tj. 2,70 zł (wówczas ryzykuje utratę klientów, którzy kierowali się głównie oszczędnościami), albo – co gorsza – podjąć rękawicę rzuconą przez pozostałych graczy i rozpocząć licytację w dół. Jeśli obniży kwotę poniżej stawek konkurentów, sprowokuje ich do dalszych redukcji. I tak w kółko.

    Ale czy można obniżać cenę w nieskończoność? Prędzej czy później stosując tak bezmyślną strategię sprzedawcy osiągną próg opłacalności, poniżej którego nie będę mogli zejść bez strat. W efekcie wszyscy trzej dotrą do poziomu minimalnych marż (kupno ogórków w hurcie za 1,90 zł i ich sprzedaż za 1,95 zł), co spowoduje drastyczne pogorszenie opłacalności biznesu dla nich wszystkich.

    Oczywiście każdy ekonomista zauważy, że opisana wyżej sytuacja jest ogromnie uproszczona z punktu widzenia mechanizmów rynku. Wściekłe redukowanie cen wywołuje zazwyczaj wiele bardziej złożonych implikacji. Może na przykład pojawić się kolejny gracz, który po agresywnym debiucie, wspartym dodatkowym kapitałem, „dobije” mocno już osłabionych wojną cenową rywali i „zaproponuje” klientom zupełnie nowe zasady (a kiedy na polu bitwy zostanie sam, pozbawiony zdrowej konkurencji, narzuci konsumentom cenę ogórków na poziomie 3,50 zł!).

    W efekcie przepychanek cenowych tracą nie tylko sprzedawcy, ale i klienci. Ci ostatni, po krótkiej euforii z atrakcyjnych stawek, prędzej czy później będą musieli odczuć również spadek jakości – żaden producent ani sprzedawca nie może bowiem w nieskończoność ciąć kosztów bez utraty jakości produktu lub pogorszenia obsługi klienta.

    Przykład? Proszę bardzo: spójrzmy na poziom cen drobnej elektroniki, który od lat ciągle spada. Zakup aparatu cyfrowego, który jeszcze kilka lat temu był niemal aktem luksusu i burżujstwa, dziś pozostaje w zasięgu nawet średnio zarabiających konsumentów. Czy jednak jakość pozostaje na równie wysokim jak przed laty poziomie? Jako użytkownik niezbyt kosztownej cyfrówki, śmiałbym polemizować.

    Pewien zaprzyjaźniony sprzedawca, który w roku 2000 zaczynał handlować na Allegro rozmaitymi kablami i wtyczkami elektrycznymi, w ciągu pierwszych 3-4 lat zdołał zarobić całkiem przyzwoite pieniądze. Później jednak ten segment rynku dopadła błyskawicznie postępująca gangrena: w branży pojawiło się kilka  tysięcy sprzedawców-amatorów, którzy – aby zrobić na klientach wrażenie i przyciągnąć ich do siebie – już na dzień dobry zaoferowali towary… w cenach zakupu. Sprzedaż „po kosztach” miała być pomysłem na szybki marketing, ale okazała się tylko szybkim samobójstwem: większości z tych kamikadze nie ma już na szczęście w e-biznesie, ponieważ zdążyli wykrwawić się, zanim jeszcze zarobili pierwszy tysiąc. Zostawili po sobie jednak zepsucie w postaci dramatycznie niskich marż na produkty z tej branży.

    Drogi E-sprzedawco, jeśli zastanawiasz się, czy cena nie ma znaczenia dla kupujących, odpowiedz sobie na własnym przykładzie: czy podczas robienia zakupów zdarza Ci się kierować właśnie najniższą ceną? Idę o zakład, że odpowiesz: „JASNE, ŻE TAK!”.

    Oczywiście, istnieją produkty czy okoliczności, kiedy kwestia kosztu wydaje się decydująca. Ale może to tylko pozory racjonalnego podejmowania decyzji? Jeden z uczestników moich zajęć w ramach studiów MBA (skądinąd bardzo zamożny prezes polskiego oddziału jednej z globalnie rozpoznawalnych firm) przyznał, że zanim zatankuje paliwo podczas podróży, zawsze przygląda się najpierw tablicom z cenami przy co najmniej kilku kolejnych stacjach benzynowych, by wybrać tę najtańszą. Na pytanie, czy to znaczy, że będzie skłonny skorzystać z usług małej, wiejskiej stacyjki o nieznanej mu reputacji, by zalać silnik swojego sportowego mercedesa paliwem niejasnej proweniencji, odparł bez wahania: „Nie, oczywiście że nie, porównuję ceny paliw, ale w obrębie tylko jednej sieci „X”, której ufam”.

    Mądry klient wie, że niska cena coraz częściej wieszczy kiepską jakość (fot. sxc.hu)

    Czy kupując bułkę dla swojego dziecka, wybierzesz tę najtańszą „waciankę” za 19 groszy z osiedlowego dyskontu, wypieczoną z najgorszej jakościowo i najuboższej w minerały mąki pszennej? A może wysupłasz jednak 90 groszy na pieczywo pełnoziarniste, bogate w minerały i bez sztucznych spulchniaczy?

    Dotarliśmy do magicznego miejsca – rozstaju dróg, do którego bardzo często docierają nasi klienci. Ci z nich, którzy są słabo wyedukowani, nie mają instynktu samozachowawczego, świadomości, co jest dobra dla ich zdrowia, a co szkodliwe, oraz ulegający złudnemu poczuciu oszczędności (które za n-dziesiąt lat przypłacą zdrowiem) wybiorą śmieć-bułkę, byle była najtańsza. Mimo ciągłej edukacji rynku i wzrostu świadomości konsumenckiej, takich klientów nigdy nie brakowało i nigdy nie zabraknie. I na takich konsumentach zawsze będzie można zarabiać miliony, karmiąc ich „watą” i pojąc napojami gazowymi w cenie 1,30 zł za 2 litry. Albo „sokami” za 2 zł, które z owocami mają tyle wspólnego, co Kojak z włosami.

    Często słyszę od osób kupujących sprzęt rtv i agd, że lubią pójść do Madia Marktu albo Saturna, obejrzeć i przetestować urządzenie „w realu”, a później kupić o 30-40% taniej w Internecie. Zdawać by się mogło, że taka strategia potwierdza tezę, iż to cena jest najważniejsza. Ale jeżeli tak jest, jak to się dzieje, że koncern Metro Group, właściciel obu wymienionych wyżej sieci, nie tylko nie narzeka na brak klientów, ale notuje wyśmienitą sprzedaż, mimo relatywnie wysokich cen?

    Na usta ciśnie się zatem kolejne oczywiste pytanie: co w sytuacji, kiedy kilku sprzedawców oferuje dokładnie ten sam produkt, ale w różnych cenach? Czy wtedy nie kupuje się u tego kontrahenta, który zapewnia najkorzystniejsze warunki?

    Ależ oczywiście, że tak! Weź tylko pod uwagę, że „najkorzystniejsze warunki” to nie tylko cena, ale cały szereg innych czynników, w mniejszym lub większym stopniu rzutujących na decyzje zakupowe klienta:

    • wysoka jakość obsługi – tańszy sprzedawca rzadko dopieści klienta tak, jak ten z wyższym poziomem cen i lepszym personelem,
    • zaplecze serwisowe – kupując w firmie o odpowiednim zapleczu technicznym (którego utrzymanie kosztuje, a więc rzutuje na ceny towarów), klient ma gwarancję szybkiego rozwiązania ewentualnych problemów technicznych,
    • dostępność usług po- czy pozasprzedażowych – nie każdy sprzedawca oferuje dodatkowe świadczenia, takie jak montaż zakupionego produktu, szkolenie użytkownika w zakresie jego obsługi albo płatne wsparcie techniczne w trybie 24 godzin na dobę itp.,
    • prestiż i marka sprzedawcy – czasami kupujemy tam, gdzie jest drożej, aby zademonstrować swoją społeczną pozycję i podkreślić status majątkowy (np. Biedronka i Lidl vs Alma czy Piotr i Paweł),
    • ergonomia i stylistyka miejsca sprzedaży – w pewnych sklepach czy e-sklepach po prostu lubimy kupować, bo zapewniają przyjemny klimat, nastrojowe oświetlenie, komfort zakupów itd.,
    • bogata oferta dodatkowa – klient kupi drożej u tego sprzedawcy, który daje mu większy wybór produktów (wygoda zakupów w jednym miejscu, ale i oszczędność na kosztach przesyłki),
    • ekologiczny profil sprzedawcy i jego towarów – konsumenci coraz częściej chcą żyć zdrowo, ale też dawać wyraz swojej świadomości i troski o środowisko naturalne,
    • możliwość odpłatnego przedłużenia gwarancji – kupując laptopa wybiorę tego sprzedawcę, który pozwoli mi dokupić rok lub dwa dodatkowego poczucia bezpieczeństwa w postaci dłuższego okresu gwarancyjnego,
    • dodatkowe atrakcje dla klienta, np. gratis dołączony do produktu głównego,
    • bogate formy płatności i dostawy towaru.

    Spójrz: niemal jednym tchem wymieniłem właśnie 10 pozacenowych aspektów oferty, jakie wpływają na podejmowane przez klienta decyzje. Tymczasem wszystkich czynników decyzjogennych jest znacznie więcej! O dodatkowych, najbardziej wartościowych sposobach na zdrową rywalizację dowiesz się z mojej e-publikacji „Konkurencyjne oczko – 21 sposobów, dzięki którym staniesz się lepszy od konkurencji” (dostępna do słuchania w formacie MP3 oraz do czytania w pliku PDF).

    W przytoczonej wcześniej historii trzech sprzedawców ogórków napisałem, że gracz, wobec którego inni obniżają cenę, ma pozornie dwa wyjścia: włączyć się do rywalizacji cenowej lub pozostać przy dotychczasowej stawce, ryzykując spadek sprzedaży. W istocie ma jednak znacznie więcej możliwości – wystarczy, że zastosuje choćby kilka z kilkudziesięciu metod budowania przewagi rynkowej, zupełnie nie związanych z ceną produktu.

    Wojna cenowa nie jest i nigdy nie była mądrym sposobem na walkę z rywalami. Wielu przedsiębiorcom wydaje się jednak drogą najłatwiejszą, ale to również jest złudne – wojnę bowiem łatwo rozpocząć, ale znacznie trudniej ją przetrwać.

    Może więc lepiej sięgać po sprawdzone środki zdrowej konkurencji, które nie tylko nie zaszkodzą Tobie jako sprzedawcy, ale też pozwolą zachować zdrową dywersyfikację rynku, a przede wszystkim dać klientowi najlepszej jakości towar i zapewnić dobrą obsługę?

    Polecam pomyśleć. Te najprostsze i najmądrzejsze metody są na wyciągnięcie ręki.

    Ps. Jeśli chcesz poznać wszystkie najbardziej wartościowe metody budowania przewagi konkurencyjnej w taki sposób, aby „nie zażynać” się niskimi cenami i głodową marżą, koniecznie wysłuchaj mojego audiobooka „Konkurencyjne oczko” (aby zamówić, napisz na dutkon@dutkon.pl; jeśli w treści e-maila podasz hasło „Cena – Gangrena”, otrzymasz 50% rabatu na dostęp on-line do publikacji: zapłacisz 13,50 zamiast 27 zł). Promocja tylko dla Czytelników „Akademii Internetu”; ważna do odwołania.

    11 komentarzy do “Niska cena to… gangrena”

    1. Fajny przykład z ogórkami 🙂 Z mojego podwórka widać to na przykładzie rollupów.
      przykład ceny rollupów
      Jedne rodzaj kasety , a każda z nich składa się z aluminium i każda z nich ma inna wagę co ma wprost proporcjonalny wpływ na jej stabilność i wytrzymałość. Sprzedając takie kasety np na allegro , klient nie ma żadnej możliwości sprawdzenia jej , kupuje kota w worku. Lub idzie do firmy która ma stacjonarny punkt obsługi klienta i próbuje kupić ten produkt „wymuszając” niejako cenę która znalazł na allegro… i kółko się zamyka , bo ja tez niejako muszę zejść z ceny obniżyć koszty i jakość obsługi … jeśli tego nie zrobię , na bank nie sprzedam towaru. Inny przykład jeszcze jakiś czas temu banery kosztowały min 30-40 zl /m2 dzisiaj cena 25 zł uważana jest już jest za wysoka. tutaj przykład cen banerów
      nie wspomnę że można kupić baner za 12 czy tez 15 zł (fakt miernej jakości jest to produkt , ale jest i spełnia w równie minimalnym zakresie swoja funkcje , a cena czyni cuda i wielu klientów to akceptuje…) Inflacja kontra deflacja…
      Ale fakt ze artykuł daje wiele do myślenia , z drugiej strony, nie raz zdarza się sytuacja (w sumie dzięki temu funkcjonuje moja firma) iż przychodzi do mnie stały klient i mówi ” Słuchaj stary oni mi chcą zrobić to za tyle, dam ci więcej bo cie znam i wiem ze prace wykonasz dobrze, ale nie mogę ci dać tyle co rok temu… ” hmm … i jakoś się kreci, przy okazji aktualizująć w dól cennik 🙂 Tylko gdzie jest ta dolna granic ?

    2. Witam

      Przyznam, że to słuszna uwaga iż zaniżanie cen jest drogą do upadku naszego biznesu.
      Zauważmy, że największa i najbogatsze marki na świecie wcale nie mają najtaniej ale mają świetne strategie marketingowe.

      Przykład: Microsoft, Apple, Versace, Adidas, Nike, Panasonic i wiele innych biznesów. Żaden z nich nie dorobił się na byciu najtańszym tylko najlepszym na rynku lub jednym z najlepszych.

      Pozdrawiam
      Hubert Dudek

      • Świetna uwaga, Panie Hubercie! Czy iPhone sprzedawałby się tak dobrze, gdyby zamiast 3 tysięcy kosztował 800 złotych? Śmiem twierdzić, że paradoksalnie jako bardziej dostępny byłby mniej pożądany.

    3. […] które determinują decyzje zakupowe klientów, i niekoniecznie musi to być cena (polecam tekst „Niska cena to… gangrena”). Najważniejsze z nich dokładnie omówiłem również w publikacji „Konkurencyjne oczko” – […]

    4. he... says:

      Naprawa ryby „od ogona” jest mrzonką, taką samą jak wiara w „niewidzialną rękę rynku”!
      Rzecz naprawia się tam, gdzie się zepsuła, a nie z drugiej strony! Tyle o rybach!
      Nie ma „niewidzialnej ręki rynku”, bo w naszej rzeczywistości, nie działają drobne niezależne podmioty gospodarcze, tylko warunki dyktują międzynarodowe korporacje, koncerny, grupy kapitałowe i monopole.
      Dodatkowo, co jest oczywiste, 99% obszaru w sferze handlu, produkcji i biznesu jest poza kontrolą i oddziaływaniem „zwykłego” klienta.
      Są to zmowy cenowe, monopole, nieuczciwa konkurencja, fałszywa reklama/promocja, nierównoprawne zapisy w umowach (np. telekomunikacyjnych), aby nie sięgać głębiej – do zwykłych oszustw!
      Kontrolę nad tym obszarem MUSI sprawować państwo i jego instytucje!
      Niestety cały ten obszar państwo oddało walkowerem!
      W tym sensie państwo nie pełni swej „statutowej” roli i nie jest nam przydatne!
      Bo, kto ma zmienić prawo, które preferuje cwaniaków i nieuczciwe praktyki?
      Choćby sprawa płacenia podatków!
      Odbiorca ODLICZA sobie podatki w chwili otrzymania faktury, natomiast dostawca w chwili jej wręczenia jest zobowiązany do ich ZAPŁACENIA! Nic się, przy tym, nie mówi o istocie transakcji, czyli przekazaniu pieniędzy! I kto jest tutaj preferowany?
      To czemu się dziwić takim praktykom jak terminy zapłaty opiewające na 30, 60, 90 dni, lub dłużej! Przecież w istocie jest to preferowanie, przez państwo podmiotów, które nie tylko, że dyktują ceny zakupu i sprzedaży, ale dodatkowo, u swych dostawców, zaciągają BEZPŁATNIE KREDYT!
      Wystarczy zmienić zapis, że podatki nalicza się/ zalicza w ciężar kosztów, z chwilą PRZEKAZYWANIA PIENIĘDZY!
      I skończy się proceder z drenowaniem dostawców przez monopol!
      Klient o tym wszystkim nie wie, lub nic go to nie obchodzi, patrzy na CENĘ!
      A fundamentem jest brak RÓWNYCH praw, decydujących o KOSZTACH DZIAŁALNOŚCI!
      Pominąłem całą masę innych okoliczności, jak choćby – „wakacje podatkowe”, różny sposób rozliczania pieniędzy unijnych , przez krajowe i zagraniczne podmioty gospodarcze itd…

      Jestem świadom, że daleko odbiegłem od głównego tematu, ale wiąże się on z istotą Pana wypowiedzi – walki o klienta przy pomocy CENY!

      Jaką rolę, w tym wszystkim, może odegrać klient? Niewielką!

      Największe sukcesy odnoszono szerząc idee, kupowania produktów krajowych.
      Ale takie akcje są tępione przez usłużne media, bowiem w sposób oczywisty uderzają w interesy tych wielkich!
      Głosicieli nazywa się ksenofobami i wrogami „otwarcia” na świat, a ich działalność – szkodliwą!!
      Choć po cichutku, różne kraje uprawiają interwencjonizm państwowy!
      Chcąc walczyć z wszechogarniającą nas tandetą, należałoby uświadamiać klientom ich prawa, np. do reklamowania towaru! Zrywania umów z operatorami sieci, którzy nie dotrzymują warunków TECHNICZNYCH, a w zawieranej umowie nie ma o tym słowa?
      Może skończyła by się era butów za 10 zł, w których obcas odpada nim dojdzie się do drzwi? Tylko komu chciałoby się iść do sklepu i składać reklamację na 10 ZŁ?
      Na to właśnie liczą hipermarkety.
      W rzeczywistości taki towar nie powinien być dopuszczony do handlu – Z URZĘDU!
      Oczywiście, wszystko o czym piszę, w niczym nie podważa tego co Pan robi, jest raczej wyjaśnieniem warunków, dlaczego dzisiaj CENA, stała się FETYSZEM!

      • Jestem bardzo wdzięczny za tę pogłębioną refleksję – już sama ta wypowiedź jest dowodem, że są ludzie świadomi pewnych procesów niewidocznych (czy wręcz „niewidzialnych”) dla milionów „Kowalskich”.

        To, o czym Pan pisze, od wielu Czytelników otrzyma domyślną etykietę „Spiskowa teoria dziejów”. A jednak – wskazane problemy dzieją się w tym kraju od dawna, o czym przekonuje się dopiero ten, który wchodzi w biznes. O tym, jak niszczy się niewygodnych graczy, świadczy m.in. przypadek Sławka Sikory (o którym szerzej napisałem w artykule http://akademia-internetu.pl/etyka-e-biznesu/dutko-trzy-dni-z-zabojca/ ). Aby nie sięgać daleko w przeszłość – nieledwie wczoraj byłem świadkiem próby (na szczęście – chwilowo udaremnionej) wrogiego przejęcia przez konkurencję najbardziej wartościowego polskiego producenta makaronów – firmy Malma (więcej o sprawie: http://www.kamilcebulski.pl/biznes-po-polsku-historia-malmy/ ). A wszystko przy użyciu tak prostego i reaktywnego „narzędzia”, jakim jest… komornik!

        Czy nazwiemy to „spiskami”, czy po prostu zwyczajnie brudną grą polityczno-biznesową – nie ma znaczenia. To się naprawdę dzieje.

        A jednak – rybę da się naprawiać od ogona! A ściślej: warto robić to ze wszystkich możliwych stron. Lobbing polityczny jest możliwy – dobry wpływ wywierają sami przedsiębiorcy i przedstawiciele biznesu (znam takich). Ale istnieje też narzędzie, jakim jest inicjatywa obywatelska – 100 tysięcy podpisów „zwykłych Kowalskich” – i prawo jest nasze! (Vide: Grzegorz Maj i sukces jego ustawy antykorporacyjnej).

        Walka ze złymi stronami systemu nie jest więc szwoleżerią i nie polega na dławieniu armat kolanami. Chińskie buty za 10 zł można wyciąć z rynku przez odpowiednie regulacje prawne (i to trzeba robić). Ale zanim do tego dojdzie, mamy lepsze narzędzia: UŚWIADAMIANIE! I nasza w tym miejscu dyskusja temu właśnie służy: uświadamianiu klientów, że niska cena – z definicji i z bardzo niewieloma wyjątkami – jest gangreną toczącą rynek.

        Im więcej klientów myśli świadomie i dokonuje świadomych wyborów, tym szybciej producenci tandety będą podkulali ogony. Jakkolwiek jestem daleki od idealizmu, że kiedykolwiek uda się osiągnąć stan rynku idealnego, „gdzie prawo zawsze prawo znaczy, a sprawiedliwość – sprawiedliwość”.

        Nie, biel nigdy nie będzie biała; chodzi tylko o to, aby było w niej jak najmniej czerni.

        Dziękuję raz jeszcze za bardzo wartościowy głos. A naszym Czytelnikom życzę samych przemyślanych zakupów. Drogowskaz „Cena” to tory w przepaść.

    5. he... says:

      Oczywiście to wszystko, o czym Pan pisze jest prawdą, ale…
      wiadomo od dawna, że „zły” pieniądz wypiera z rynku „dobry”!
      Tak samo jest z towarem! Klient natomiast udaje, że tego nie zauważa!
      Producenci masła dobrej jakości, są zmuszeni do obniżania gramatury produktu, bowiem ci gorsi dolewają coraz więcej oleju do swoich wyrobów!
      Jest to spirala donikąd, ale każdy liczy doraźne zyski!
      Tę spiralę obniżek cen zaszczepiły na naszym rynku chciwe hipermarkety, którym nie zależy na jakości, czy nawet zdrowiu klienta, lecz wyłącznie na zysku! Wyduszając od producenta, czy importera najniższą cenę i warunki transakcji, same spokojnie karmią się marżą 50-80%!
      Niestety to one opanowały rynek i dyktują warunki!
      Rozumiem, że to o czym Pan pisze jest ideałem do którego należy dążyć, oprzeć zbyt na klientach, którzy docenią jakość i całą otoczkę transakcji!
      Jednak życie dyktuje inne warunki. Proszę spojrzeć na przetargi; w 99% czynnikiem decydującym jest – CENA! A jaki skutek – wystarczy prześledzić, co się dzieje z autostradami! Nie dość, że wybrano najtańsze oferty, to jeszcze płatności dla budujących je firm są maksymalnie opóźniane, czym doprowadzane są one do skraju bankructwa! Ale kogo to obchodzi? I kto poniesie karę za niedotrzymanie terminów na EURO?
      Ryba psuje się od głowy…

      • Dlatego właśnie o tym trzeba mówić. Ryba psuje się od głowy, ale naprawia – od ogona – czyli od ludzi, którzy – jeśli uświadomi im się działanie tych naczyń powiązanych – może wreszcie zaczną kierować się innym drogowskazem niż „Cena”. Ten bowiem, choć kusi i błyszczy, prowadzi na manowce.

    6. Witaj Maćku,

      Świetny artykuł! Mogę przytoczyć przykład, kiedy to otrzymałem telefon z biura obsługi operatora komórkowego, z którego obecnie korzystam, w związku z kończącą się umową!

      Pani w samych superlatywach zarzucała mnie informacjami ile to minut otrzymam, dostęp do FB i NK, 1GB na internet itd. A ja odpowiedziałem, ” Pani nawet nie zapytała czy ja jestem zadowolony z Waszych usług”

      Co z tego, że otrzymam ilość minut których nie wykorzystam i tak jak muszę zapłacić za to kwotę znacznie większą niż teraz płacę.

      Pani jednak odparła, ” Sprawdzał Pan ofertę – nie dając czasu na odpowiedź- żaden operator nie da takich warunków”

      Hm, zastanowiłem się przez moment, czy oby tylko o same minuty chodzi?
      No nie.
      Jest właśnie coś więcej. Jak choćby obsługa biura klienta. Dział reklamacji, który nie reagował na moje zapytania o niewłaściwe naliczanie opłat. Jest kiepski zasięg, który często rozłącza połączenie, niski poziom kompetencji obsługi w punktach sprzedaży itp.

      Dlatego mój wniosek jest taki, nie dajmy się łapać na „lep” super okazji, najlepszej ceny, największej liczby minut i najlepszych ofert. Za tym musi coś stać. Najczęściej nasze rozczarowanie . . . i wyrzucone pieniądze!

      Bądźmy świadomi i nie dajmy sobą manipulować! Kupujmy z głową!

      Pozdrawiam serdecznie
      Jan Paweł Tomaszewski

      http://JanPawelTomaszewski.pl
      Pasjonat Rozwoju Osobistego
      [usunięto link]

    7. Maciej K. says:

      I ja się zgadzam: ludzie, przestańcie zarzynać rynek zaniżaniem cen, to uderza i w was i w waszych klientów, którzy są po prostu głupi, chcąc płacić mało, bo sami na siebie kręcą bicz: klient żąda niskiej ceny od sprzedawcy, sprzedawca od producenta, producent od dostawcy półproduktów albo podwykonawców i na każdym z tych etapów tnie się koszty, notabene kosztem jakości!

    Skomentuj wpis

    Subscribe to our newsletter

     

    Subscribe to our newsletter